Książkę Lizy See czytałam wyjątkwo długo, bo całe dwa tygodnie. Nie dlatego, że mi się nie podobała. Dlatego, że nie miałam czasu, i poświęcałam lekturze zaledwie pół godziny dziennie. Za każdym razem z bólem przerywałam czytanie i z wielką radością i zaciekawieniem zasiadałam do niej ponownie.
Bohaterką książki jest Chinka – najpierw mała dziewczynka, później młoda dziewczyna, kobieta, na końcu stateczna staruszka. Dopiero mając osiemdziesiąt lat, odważyła się opowiedzieć swoją przejmującą historię.
W wieku sześciu lat skrępowano jej stopy – zwyczaj ten w Chinach przetrwał aż do połowy XX wieku! To bolesne doświadczenie dzieliła ze swoją laotong – przyjaciółką, która urodziła się tego samego dnia i o tej samej godzinie. Dziewczynki razem odwiedzały świątynię, przygotowywały się do zamążpójścia, przeżyły straszne chwile, kiedy musiały uciekać przed buntownikami.
Z powieści dużo dowiadujemy się o sekretnym piśmie kobiet – nu shu – którym dziewczęta posługiwały się, aby przekazywać sobie wiadomości zapisane na wachlarzu.
Największą tragedią w życiu Lilii i Kwiatu Śniegu nie są jednak skrępowane stopy, nieznani mężowie i okrutne teściowe, ale wzajemne niezrozumienie, prowadzące do smutnego końca. Wnioski, które wyciągniemy, nadal są aktualne, mimo naszych wielkich stóp.
Gin
